Kino od kuchni w Multikinie - konkurs




W przyszłą środę, tj. 24 lipca w dwunastu kinach sieci Multikino w Polsce w ramach cyklu „Kino od kuchni” zostanie wyświetlona komedia „Zanim noc nas nie rozdzieli” oparta na autentycznych rozmowach podsłuchanych przez dziennikarkę Olgę Utkin w jednej z najdroższych i najbardziej szpanerskich moskiewskich restauracji. Przed pokazem w gdańskim kinie Tomasz Jakubiak na żywo ugotuje dania inspirowane filmem do degustacji dla uczestników wydarzenia.



Razem z Multikinem chciałabym podarować Wam bilety na pokaz tego filmu, więc z tej okazji mały konkurs. 

Mam dla Was 12 podwójnych zaproszeń do 12-stu miast:

  1. Warszawa Złote Tarasy
  2. Wrocław Arkady
  3. Kraków
  4. Silver Screen Łódź
  5. Gdańsk
  6. Poznań Malta
  7. Szczecin
  8. Koszalin
  9. Zabrze
  10. Rybnik
  11. Rzeszów
  12. Gdynia


W komentarzu pod tym wpisem napiszcie:


 jakie jest Wasze najmilsze, lub najciekawsze wspomnienie związane z kinem?

 Może to pierwszy obejrzany film w kinie, czy randka z chłopakiem spędzona właśnie w tym miejscu? A może moment, w którym po raz pierwszy zabraliście do kina swoje dzieci? 
Jestem bardzo ciekawa Waszych historii :) Wybiorę 12 z nich i te osoby otrzymają bilety na pokaz filmu "Zanim  noc nas nie rozdzieli".

Proszę abyście razem z komentarzem podali swój adres mailowy (aby uniknąc potencjalnego spamu podajcie maila w formie np. paulina (at) frommovietothekitchen.pl )  i jedno z 12-stu wymienionych wyżej miast, w którym chcecie obejrzeć film. 

Na komentarze czekam do końca dnia 20 lipca.

Z wygranymi osobami skontaktuje się mailowo.



Zajrzyjcie też na stronę Multikina, aby dowiedzieć się więcej: KLIK


26 komentarze:

  1. Zdecydowanie najmilej wspominam pierwsze wyjście do kina. Była to pierwsza lub druga klasa podstawówki i poszliśmy obejrzeć Flinstonów. Jabadabadu, soczek z rurką i różowy baton "Bajka"- a to wszystko w kinie "Bajka". Własnych dzieci nie mam, ale jak to pisałam przypomniało mi się, że komuś zapewniłam pierwsze wyjście do kina- byłam "Starszą siostrą" i zabrałam "młodszego brata" do kina, bo przyznał, że jeszcze nigdy nie był - wybrał Harrego Pottera i chociaż wydaje mi się, że był na niego za mały, to wyszedł z kina równie zachwycony jak ja po Flinstonach ;) ale się rozpisałam- myślałam, że nie mam żadnych szczególnie miłych wspomnień z kina a jednak :P
    myrtij[at]gmail.com
    zabrze
    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Akurat do kin weszła kolejna część Piły (chyba III to była) kolega zaprosił mnie na film z myślą, że z przerażenia będę się do niego tuliła. Niestety ogromnie się pomylił, film jakoś niespecjalnie mnie przestraszył czy też powalił i cały seans przeziewałam, za to on podskakiwał na fotelu za każdym razem, gdy dźwięki Slayera czy też Mastodom wpadały do sali. To był jeden z najzabawniejszych seansów, na których kiedykolwiek byłam. Wracając do domu ja musiałam prowadzić samochód, ponieważ kolega był tak bardzo rozczęsiony. Dodam tylko, że to był ostatni seans tego dnia, więc wracaliśmy późną nocą przez środek lasu. Ależ miałam ubaw :)

    ziuta-ch(at)o2.pl
    Zabrze

    OdpowiedzUsuń
  3. Super konkurs! Bierzemy udział :)
    1) najmilsze: pierwszy film z Mamą w kinie, kino Femina Dirty Dancing. Uwierzyłam w wakacyjną romantyczną miłość i w to że kręcone włosy mogą się podobać ;) mam prawie identyczne i bardzo ich nie lubiłam, no i była ze mną Mama..
    2) najciekawsze: niedawno, Święta Bożego Narodzenia, przedpremiera Hobbita, 3D. Super atmosfera, emocje bo znów Peter Jackson, są Święta, wszyscy uśmiechnięci, zrelaksowani, i zaczynają się reklamy, trwają, trwają, i trailer...który trwa 15 min, ludzie zaczynają po sobie patrzeć, niektórzy wychodzą, pierwszy raz ja kinomanka zaczynam się zastanawiać czy nie pomyliłam sal, ale przecież znam kino, nie ma innej sali 3D, ale ten "film" trwa w najlepsze (!!!)...okazało się zanim i ja wstałam że to tylko reklama, śmialiśmy się sami z siebie :)))) ale jak widać i kinomana świątecznie można wkręcić :))))
    ..ale też najzabawniejsze: chociaż to śmiech przez łzy: w nieistniejącym już warszawskim kinie Capitol oglądałam Titanica tak się popłakałam na koniec i resztę wieczoru zresztą, że na następny dzień nie mogłam iść do pracy, taka uroda, miałam tak spuchnięte oczy że praktycznie nic nie widziałam. Będę to pamiętać do końca

    kocipamietnik (at) blogspot.com


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    • Super opowieść :)) To jeszcze poproszę o miasto :)

      Usuń
    • Brakujące słowa:
      - życia (koniec opowieści)
      - Warszawa (miasto)

      ....to przez te wspomnieniowe filmowe emocje;)

      Usuń
    • kocipamietnik (at) gmail.com
      Tak chyba mam coś z głową ;))))

      Ps czy już po wynikach?

      Usuń
  4. Marta Nieznayu16 lipca 2013 16:51

    Jedno z moich najlepszych wyjść do kina to maraton filmowy Tarantino z okazji premiery Grindhouse: Death Proof. Najpierw dwie części Kill Billa - niezapomniane wrażenia, zwłaszcza podczas sceny pogrzebania żywcem. Chyba każdy na sali czuł jakby osobiście znajdował się w trumnie. Natomiast utwór "The Lonely Shepherd" wywołał prawdziwe łzy wzruszenia. Wcześniej oglądałam obie części na dvd, więc bardzo cieszyłam się, że jeszcze raz powtórzyli obie części na srebrnym ekranie. Takie filmy odbiera się w pełni tylko w kinie! I oczywiście oczekiwanie, skupienie, ciekawość najnowszej wtedy produkcji Pana Q. Nie zawiodłam się i wcale nie chciało mi się spać.
    Pozdrawiam wszystkich fanów Tarantino :)

    nieznayu(at)gmail.com, Warszawa

    OdpowiedzUsuń
  5. CornerWithRecipes17 lipca 2013 11:50

    Najczęściej wspominam wyprawę do kina na drugą część Władcy Pierścieni. Miałam wtedy -naście lat, a do kina zaprosił mnie mój starszy o 9 lat brat. Nie mieszkam w centrum Szczecina, a w tamtym czasie dojazd do centrum był wyzwaniem. Nie wspomniałam o najważniejszym, cała historia ma miejsce zimą ;). Niestety tego dnia spadła masa śniegu, zamiast 20 min, w autobusie spędziliśmy 80 minut… Dojechaliśmy dużo po rozpoczęciu seansu. Postanowiliśmy jednak się nie zrażać i pójść na następny seans, jednak ostatnie miejsca jakie były wolne, to te w pierwszym rzędzie. Dodam, że wszystko działo się w małym kinie, które teraz już nie istnieje. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że pierwszy rząd w kinie, to nie to samo, co pierwszy rząd w teatrze ;). Niezrażona niczym zajęłam swoje miejsce, niestety przy każdym ruchu krzesło skrzypiało (nie tylko moje, ale sąsiadów też…), a cały film obejrzałam z podniesioną do góry głową. Szyję miałam mocno zmęczoną po tym seansie, ale za to wspomnienia zostały do dzisiaj. Na szczęście film bardzo mi się podobał, a szczególnie... Legolas ;)

    shrewa (at) gmail.com
    Szczecin

    OdpowiedzUsuń
  6. Najlepiej wspominam wyjścia do kina z tatą na "Króla Lwa". Piszę wyjścia, ponieważ byłam tak niewiarygodnie zafascynowana tą bajką, że robiłam wielkie oczy i ciągnęłam tatę za koszulę za każdym razem, kiedy tylko miała być wyświetlana. Skończyło się tym, że dostałam kasetę VHS z przygodami ukochanego lwa, która zapętliła się w odtwarzaczu. Po jakimś czasie mówiłam wszystkie kwestie wraz z bohaterami ; ) Niektóre pamiętam do tej pory! Pochodzę z niewielkiego miasta i w związku z tym, że kino, w którym zaczęła się mania Simby, nie miało zbyt dużych obrotów, zostało dawno zamknięte.

    [email protected]
    Łódź

    OdpowiedzUsuń
  7. Dużo było tych wypraw do kina, oj dużo! Każda na swój sposób wyjątkowa. Jednak to co mi - o dziwo - pierwsze przyszło do głowy, to wizyta w kinie na pierwszej części Harry'ego Pottera z moim prywatnym Harrym. Jakoś koniec gimnazjum, początek liceum. Nastolatka, burza hormonów i ON. Ciemne włosy, okrągłe okularki, przeuroczy uśmiech. Sam film też mnie urzekł (wtedy. ale i do dziś lubię wracać i do niego, i do książki), ale to że siedział koło mnie ON było gwoździem programu i wywoływało czerwone rumieńce na moim bladym licu. Nasza "miłość" trwała 10 lat. Dziesięć gówniarskich lat, które tyle mnie nauczyły... A wtedy w kinie... Mój Sami-Wiecie-Kto jeszcze nic nie wiedział o mojej "wielkiej miłości", choć z tego co później się działo, można by wywnioskować, że znał zaklęcie Legilimens ;)
    Pozdrawiam
    [email protected]
    Warszawa

    OdpowiedzUsuń
  8. prawie-wyszlo17 lipca 2013 13:09

    Najmilsze? Piąta czy szósta klasa podstawówki. Wielka wyprawa "do miasta do kina" na: "W Pustyni i w Puszczy". Zamiast oglądać film dziewczęta rzucały popcornem w chłopców. Zamiast oglądać film chłopcy kopali krzesełka dziewcząt siedzących przed nimi.
    Z jednym z chłopców po rzuceniu popcornem i kopnięciu krzesła, wymieniłam się adresem!
    Później pisaliśmy do siebie listy przez kilka miesięcy, mimo że mieszkaliśmy 10 m od siebie i widzieliśmy się tylko w ciemnej sali kinowej.
    Niestety nasza pierwsza i ostatnia randka, była wielkim rozczarowaniem, po której spuściłam listy do WC.;P
    Czy teraz można spotkać kogoś w kinie, z kim bedzie się później korespondować...?

    ziel_ona(at)o2.pl
    Kraków

    OdpowiedzUsuń
  9. Mój najmilszy wypad do kina?
    Gdy w wieku 10 lat poszłam do z mamą do kina Wilda w Poznaniu.Było to klimatyczne, małe kino w centrum miasta.Niestety kino zostało przekształcone w sklep spożywczy.Ale wracając do tematu :). Dobrze pamiętam mały sklepik gdzie można było kupić słone przekąski i przede wszystkim popcorn :). Trzeba było odczekać trochę czasu gdy pani przygotowywała popcorn. Gdy byłam mała, rzadko chodziłam z rodzicami do kina. A tym razem udało mi się pójść z mamą. Kupiłyśmy bilety na film o Pinokiu. Barwne postacie bardzo mi się podobały tym bardziej na dużym ekranie:). A najbardziej podobało mi się to,że w kinie były tylko jeszcze 2 osoby więc czułam się wybornie mając całe kino dla siebie:). Pamiętam ze później z mamą poszłyśmy na prawdziwe lody waniliowe. Dobrze wspominam ten dzień :)

    OdpowiedzUsuń
  10. a i jeszcze zapomniałam :(. mail zeldka [at]@o2.pl
    Poznań

    OdpowiedzUsuń
  11. najmilsze: początki zauroczenia które potem przerodzi się w wielką miłość, nasze pierwsze wyjście do kina na "Titanica". Wcześniej udało się go zdobyć na marnej kopii vhs, tak słabej jakby na ekranie wciąż padał śnieg.Było to w erze sprzed multipleksów, a sala kinowa, wypełniona po brzegi pachniała kurzem i wysłużoną tapicerką. Z seansu pamiętam niewiele, bo wciąż myślałam o tym że ON siedzi tuż obok. Zastanawiałam się, czy ciemność sali doda mu odwagi i weźmie mnie za rękę, albo czy przypadkiem nasze dłonie nie spotkają się na wspólnej poręczy. Było mi na przemian gorąco i duszno od emocji.
    zaskakujące: czekałam kiedyś na chłopaka umówionego na randkę w ciemno. Nie pojawił się za to był tam przed kinem chłopak, którego wystawiła jakaś dziewczyna. W końcu zebrał się na odwagę i podszedł do mnie. Film obejrzeliśmy razem. Dostałam też różę, którą miał dla swojej kinowej randki w ciemno.Kiedyś zaliczyłam też seans w zupełnie pustym kinie: tylko ja i On.To jest możliwe np w kinie Helikon w Gdańsku;) cudowny klimat starego kina, bez popcornu pop papki, i ten słodkawy zapach kurzu w salce na 20 osób..
    ciekawe dla mieszkających w Trójmieście: moja koleżanka umówiła się kiedyś na randkę. Jako miejsce spotkania zaproponowała: "Pod Neptunem". Czeka czeka, chłopaka nie ma. Wystawił ją-pomyślała.Urażona dumą nie zadzwoniła spytać co się stało, pojechała do domu. Dzwoni on-dowiedzieć się czemu nie przyszła na umówione spotkanie. Okazało się, że dla niego "Pod Neptunem" oznaczało "Pod kinem Neptun", gdzie mieli iść na seans..Oba miejsca dzieli zaledwie parę kroków;)
    najmilsze sercu: mieliśmy z Tatą naszą małą rodzinną świecką tradycję, że jak jechaliśmy na weekend do pobliskiego większego miasta gdzie kino było, to szliśmy razem na seans.Dla niego te seanse na pewno ciekawe nie były-era sprzed kina dla dorosłych i dla dzieci jednocześnie, ale był to czas , który spędzaliśmy wspólnie. Dziś kiedy Taty już niestety nie ma, przy okazji tego konkursu, przypomniałaś mi o tym, a dawno miałam schowane głęboko te wspomnienia. Dziękuję Ci za to.

    OdpowiedzUsuń
  12. aha! tak się rozmarzyłam że nie dopisałam, mail: liljecrone[at]gmail.com, Gdańsk

    OdpowiedzUsuń
  13. Od razu wiedziałam co napiszę! Teraz to nic takiego ale w wieku nastoletnim wszystko wyglądało inaczej:) Poszłam z moim tatą na Gwiezdne wojny ( tak, tak te stare) Zaczyna się film ja ekscytacja bo obok mnie fajny chłopak siedzi:)
    Patrzę na tatę co tak sznupie patrzę! a tata wyciąga uwaga Krupnioka!!:D
    I mówi głośno ale dobre weź se weź se! Byłam tak obrażona wtedy, że szok:D Wiadomo naście lat:) Sprzedawali w barze obok kina więc jak kupił mi czipsy to sobie też coś:)Do dzisiaj się śmiejemy :)
    [email protected] ZABRZE

    OdpowiedzUsuń
  14. Naj...wcześniejsze wspomnienie: moje pierwsze wyjście do kina. Pomimo, że miałam wówczas tylko 5 lat pamiętam moją ekscytację na wieść, że starszy brat zabierze mnie na bajkę. To były "cudowne lata 80-te", działały jeszcze osiedlowe domy kultury, a cały pokaz odbywał się w jakiejś małej salce. Wiedziałam tylko, że film będzie o pieskach (101 dalmatyńczyków). Bajka się rozpoczęła, dzieciaki na sali, łącznie ze mną, piały z zachwytu (bajka! do tego W KOLORZE!). Z wrażenia nie mogłam usiedzieć na miejscu, ale wraz z rozwojem fabuły zaczynałam być coraz bardziej zmęczona (to chyba z tych emocji), aż w końcu... zasnęłam. Pamiętam tylko jak brat budził mnie mówiąc, że nie będzie mnie niósł do domu (byłam dużym dzieckiem ;)), a ja całą drogę płakałam, bo nie obejrzałam piesków :D
    Naj...przyjemniejsze wspomnienie: klasa maturalna, wyjście klasowe do kina na "Przedwiośnie". Wszyscy się setnie nudzili (bleee, lektura), niektórzy dostawali głupawki, a ja cieszyłam się jak głupia, bo na miejscu obok usiadł chłopak z równoległej klasy, do którego wzdychałam od roku. Wymienialiśmy uśmiechy, on podstawił mi pod nos paczkę chipsów, jakże romantycznie pytając "Chcesz?", ale i tak do dziś na to wspomnienie śmieje mi się gęba :)
    Naj...bardziej traumatyczne wspomnienie: samotne wyjście do kina na "Nostalgię anioła". To był jeden z gorszych okresów w moim życiu, postanowiłam poprawić sobie humor filmem. Wybór tytułu był przypadkowy, nie czytałam wcześniej o jego fabule. Efekt tego filmu był taki, że wyszłam z kina roztrzęsiona, po drodze się popłakałam (ludzie patrzyli na mnie jak na wariatkę) i było mi totalnie źle przez następne dni.
    Przepraszam, że tak się rozpisałam, ale lubię wspominki. Pozdrawiam, Agniecha 22agniecha(at)gazeta.pl (RZESZÓW)

    OdpowiedzUsuń
  15. Najciekawsze było chyba pierwsze pójście do kina. Miałam wtedy 6 lat, a film na jakim byłam to "Mój brat niedźwiedź". Z wielkim sentymentem wspominam całą wyprawę jak i sam film. Pamiętam to podekscytowanie, klimatu dodawało samo kino - małe w pobliskiej okolicy z salą o połowę mniejszą niż dzisiejsze multikinowe. :) Tak rozmyślając, to był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu, to właśnie wtedy zakochałam się w kinie.

    KINO: RYBNIK
    biszkopcik(at)op.pl

    OdpowiedzUsuń
  16. Moje najciekawsze wspomnienie związane z kinem... Byłam w trzeciej klasie LO i od czasu do czasu zdarzało mi się wagarować na przedmiotach nie związanych z maturą ;) Pamiętam, gdy w pewien poranek łaziłam po Rynku i spotkałam koleżankę z klasy, która również, tak jak ja, zerwała się z fizyki ;) Postanowiłyśmy iść do małego, kameralnego kina mieszczącego się przy Rynku, na jakikolwiek poranny seans. Padło na "Tajemnicę Brokeback Mountain", bo spodobali się nam przystojni kowboje z plakatu. Nie wiedziałyśmy, że to film o gejach, więc gdy w pewnym momencie w filmie jeden wlazł drugiemu do namiotu i zaczęli hm... uprawiać miłość, byłyśmy lekko skonsternowane. Oprócz nas na sali była tylko para staruszków, która najwyraźniej też nie spodziewała się takiego obrotu spraw, bo w tym momencie zbulwersowani wstali i wyszli z kina ;) Mimo to film bardzo mi się podobał ze (m.in. ze względu na Jake'a Gyllenhaala i muzykę). A my do tej pory wspominamy ze śmiechem tamte wagary :)

    flov(at)interia.eu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
  17. Justyna Wójcik19 lipca 2013 13:18

    Ciężko wybrać jedno, ale chyba najmilsze, najciekawsze i zarazem najbardziej magiczne wspomnienie mam ze studyjnego kina Kosmos w Katowicach, do którego chodziłam jeszcze jako mała, zawadiacka dziewczynka z cierpliwym i opanowanym dziadkiem ;) Nie z tymi czasami jednak mam najlepsze wspomnienie, a z czasem kiedy w tamtym roku wybrałam się do tego właśnie kina (zamkniętego przez wiele lat, odbudowanego i odrodzonego) na film "Karmel" (Sukkar banat) :) Bardzo zależało mi, by zobaczyć ten film w kinie i usłyszeć tą wspaniałą muzykę na świetnym nagłośnieniu. Niestety, filmu tak niszowego nikt nie puszczał, aż do poprzedniego roku, kiedy jedyny seans nadano w upalny, słoneczny dzień lata, w tygodniu, o godz. 13h! :) Nie mogłam przepuścić okazji, ale niestety razem z chłopakiem spóźniliśmy się 15 minut. Wchodzimy do pustego kina, gdzie nie słychać żadnych odgłosów filmu. Okazało się, że nikt się nie zjawił na seans i film nie został puszczony. Kiedy już podupadłam na duchu, starsze panie - pracownice kina - uśmiechnęły i się powiedziały, że to nic straconego. Mamy kupować bilety i siadać wygodnie, a film zaraz zostanie puszczony! Mój wymarzony film, na wielkim ekranie, idealne miejsca, sami na sali! :) I ten ciągnący się karmel! :) Nigdy tego nie zapomnę :) To tak jakbym miała prywatne kino! :) a na kino od kuchni chciałabym wybrać się we Wrocławiu, w Arkadach - byłam już poprzednio, dzięki Twojej informacji na fb, którą zobaczyłam w noc poprzedzającą film :P na szczęście udało się jeszcze kupić dobre miejsca :) justynkakaktus (at) gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  18. oj, do tej pory pamiętam jak byłam w USA i poszłam do kina wraz z dwoma znajomymi na Titanica .. hmm to jest wspomnienie, wielkie kino ( wtedy jeszcze multiplexów u nas nie było ), wielki ekran, wygodne wielkie fotele i kilka rodzajów popcornu do wyboru w tym z karmelem.. oj, wspomnienia wracają :)
    [email protected] ( Kraków )

    OdpowiedzUsuń
  19. Kiedy możemy stwierdzić, że obejrzany horror był dobry?

    Mogę z całą pewnością stwierdzić ,że nie należę do typu, który można znaleźć w kinie na horrorze. Owszem wszyscy będą o tym przekonani, ale prawda jest taka, że ja tylko dużo gadam :) , a na takim filmie prawie sikam ze strachu i zakrywam twarz rękami. A moja koleżanka? Cóż… jeśli zajdziecie ją od tyłu i krzykniecie zwykłe Bu! – Już drze się w niebogłosy.
    Ale co tam, kiedyś postanowiłyśmy wybrać się z paczką znajomych na „Naznaczonego”. W sumie miało być 7 osób. Na miejscu jakoś tak wyszło, że jesteśmy tyko Ewa i Ja. Reszcie albo coś wypadło, albo chorzy, wiecie jak to jest. No ale trudno, idziemy. Zakupiłyśmy kontener popcornu i galon coli i wio! Miejsca zajęte, światła zgasły…

    Powiem Wam jak to wyglądało.
    Reklamy lecą i lecą… ale w końcu film się zaczyna. My już trochę zmęczone, no bo ile w końcu można oglądać reklam telefonii komórkowych, Małego Głoda itp. Ale na szczęście udało nam się dotrwać do filmu…
    Po 20 min miałam manicure z głowy. Po 30 min okazało się, że z Ewą świetnie się mieścimy na jednym fotelu. A po godzinie wyszło na jaw, że mam bardzo mocne kości prawej ręki, bo Ewosz całą siłę, którą normalnie włożyłaby we wrzaski, wyładowała ściskając moją biedną rękę.
    Gdy w końcu zapalili światło, mojej ręce groziła amputacja, a do tego tak zesztywniała mi nogi, że udało mi się wstać dopiero za trzecim podejściem. A Ewa? Aby Wam to lepiej zobrazować, przypomnijcie sobie jeśli kiedyś wyskoczył Wam przed maskę zając. Mówiąc krótko: Ewa wyglądała jak zając oślepiony na szosie. Z wybałuszonymi oczami, zastyga w bezruchu, tyko uszy miała krótsze i wąsów brak. Przejawiała całą gamę symptomów osoby przestraszonej.

    Tak a propos strachu, to czy wiecie po czym poznać dobry horror? Ciarki, krzyki i siniaki na rękach to tylko niewielki symptomy, ale jest coś jeszcze. Otóż ludzie wychodzą z sali kinowej ze swoimi wiadrami popcornu, colą i całym tym szajsem, który wnieśli na film. A dlaczego?
    Gdy atmosfera sięga zenitu, ostatnią rzeczą o jakiej pomyślisz jest popcorn. Zresztą chrupnięcie powoduje stan bliski atakowi serca, ale nawet jeśli to Cię nie zabije, to z pewnością zrobi to reszta widzów, za przeszkadzanie im w oglądaniu, więc o jedzeniu możemy zapomnieć.

    Powiem Wam, że po filmie wszyscy wyszli ze swoim żarciem, my oczywiście z naszym też. Przyuważyłam jeszcze potem rekordzistę, któremu udało się upić pół coli. Brawa dla Pana!
    Wtedy jeszcze się jakoś trzymałyśmy, ale po powrocie do domów każda z nas musiała odreagować. Ja po posmarowaniu i owinięciu ręki bandażem, obejrzałam chyba ze cztery komedie romantyczne. A jak się okazało kilka dni później, z Ewą było gorzej. Zakosiła od młodszej siostry kolekcję filmów o Barbie. :)

    To było w 2011. W 2012 jeszcze pamiętałyśmy tamte uczucia, ale już w 2013 dopadł nas chyba Alzheimer i wybrałyśmy się (znowu same) na „Mamę”. I powiem Wam, że to też niestety był dobry horror… :)


    [email protected] Gdańsk

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    • Justyna Wójcik20 lipca 2013 14:38

      Świetnie opowiedziane :):):)

      Usuń
    • Dzięki, starałam się jak mogłam :) A poza tym to jedyna historia związana z kinem jaką sobie przypomniałam, nielicząc przysypiania na jakimś dramacie, na który się wybralam z ciotką. Film był tak nudny, że nawet nie zapamiętałam tytułu, więc nie było o czym opowiadać :)

      Usuń
  20. Takich miłych wspomnień mam mnóstwo, bo kino po prostu uwielbiam.
    Z takich najświeżych, sympatycznych chwil - to tak nietypowo, bo pokaz w kinie nie stricte filmowy, ale koncertowy - Coldplay Live 2012.Nie ma nic przyjemniejszego niż oglądanie takiego wydarzenia z osobą, która w tym samym momencie się wzrusza, tak samo czuje atmosferę i energię,tak samo słyszy i czuje muzykę. Tak - koncert obejrzałam z moją siostrą.

    Pozdrawiam

    margaretka_kos(at)poczta.onet.pl
    kino:Koszalin

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz, pojawi się on po zatwierdzeniu.

 

ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA








Facebook

Obserwatorzy

Google+ Followers